kancho kanazawa

Duży Obóz 1: Dzień 1 i 2

Ciężko ogarnąć dzień gdy uczestnicy obozu przychodzą na rozruch poranny…o 4.30 rano! Sprawy nie ułatwia także przybycie spóźnialskich na zajęcia o 5.30, uruchamianie elektrycznego młynka do kawy o 6.00 przez nadgorliwych instruktorów lub odpalanie kosiarki spalinowej przez całą noc (chociaż bardzo możliwe, że było to jednak chrapanie).

Jednakże, widok zgromadzonych przed domkiem i ustawionych jak na pochód pierwszomajowy dzieciaków z setką czerwonych baloników z okazji imienin wielkiego wodza senseia Piotra raduje serce z samego rana. 

 

Dziwnie jest podchodzić na stołówce do stołu znajdującego się za szybą z plexi, który nazywa się w tym roku szwedzkim chyba tylko dlatego, że jest z IKEA. Dziwne jest podnoszenie do ust kubka z kompotem czując intensywny zapach alkoholu. Dziwna jest na stołówce cisza, spowodowana obecnością tylko jednej grupy, gdy od zawsze temu miejscu towarzyszył kosmiczny jazgot.

 

Na obóz przyjechała oczywiście grupa osób z „koronawirusem”, które po  całodniowym przymusowym płukaniu gardziołka szałwią  to po śniadaniu, to po treningu, to po porządkach, to po obiedzie, to po jeziorku, to przed spankiem, stwierdziły, że chyba jednak jest to chrypka i mogą uczestniczyć we wszystkich zabawach. Nie jest to jednak nic nowego. Sam pamiętam z poprzednich lat przypadki, gdy do domku trenerów przychodziły osoby w wągrem na nosie, przeświadczone o tym, że jest to nowotwór. Z drugiej strony, obecność na obozie chłopaków z włosami w kolorze niebieskim, różowym czy też platynowym sprawia, że w głowach instruktorów zapaliła się już przysłowiowa kontrolka i być może będzie konieczne skorzystanie z przygotowanych wcześniej w ośrodku izolatek. 

 

Warto wspomnieć o  kilku bardzo pozytywnych akcentach już na samym początku obozu. Otóż po pierwszych dwóch dniach,   żaden z uczestników nie upominał się o telefon komórkowy. Co więcej, po kolejnym roku obserwowania trenerów, wielu z uczestników dobrowolnie zaczęło grać w piłkę na bosaka (nie było to złamaniem ciszy wyborczej bo wyniki już znamy)  dochodząc do wniosku, że być może to umiejętności się liczą a nie buty z sześć i pół stówy, w których aktualnie gra Neymar. Zobazymy ilu z pozostałych obozowiczów dojdzie do tego samego wniosku na końcu pobytu w Kaleńsku.

 

Z ważniejszych wydarzeń warto odnotować także wieczorną arbuzową imprezę oraz bieg do Żelisławia, który zakończył się, ku uciesze uczestników, na zamkniętej bramie od ośrodka.

 

Drugiego dnia obozu (ciekawe dlaczego?) już nie było nikogo, kto rozpoczynałby rozruch o 4.30. Byli za to tacy, którzy błagali o jeszcze pięć minutek spania przed rozpoczęciem rozruchu. 

 

Z raportu inspekcji sanitarnej wynika, iż, z wyjątkiem garnka znalezionego na środku podłogi  domku nr 17 , w którym zaparzono 20 saszetek  herbaty zimną wodą , nie odnotowano w domkach żadnych zjawisk wykraczających poza granice przyzwoitości. 

 

Podczas ciszy poobiedniej chłopacy uczyli się szyć, kobiety zaś zażywały kąpieli słonecznych.

 

O  21.00, po wyprawie zapoznawczej z terenem znajdującym się poza ośrodkiem, wszyscy byli już umyci i grzecznie czekali na otwarcie kina letniego.

 
 

Galeria zdjęć 

 

  

 

Newsletter

Wpisz swoje dane, aby być na bieżąco z wydarzeniami w klubie!

Włącz swój javascript, aby przesłać ten formularz